
Program obchodów przewiduje rozpoczęcie uroczystości w parku w Aleksandrowie Łódzkim o godzinie 11.30 - powitaniem rycerzy, którzy następnie przemaszerują do wsi Grunwald. W godzinach 13.00 – 14.00 nastąpi część oficjalna na polach pomiędzy Pałacem, a drogą w rejonie „Vivatu”. Tam rycerze będą rozgrywać indywidualne turnieje rycerskie i przygotowywać się do Bitwy pod Grunwaldem, która rozpocznie się o godz. 20.00. W godz. 21.00 – 22.00 przewidziane jest ognisko.
Poza głównym programem, na terenie imprezy będzie można swobodnie poruszać się pomiędzy obozowiskiem a straganami rękodzielników obserwując namiastkę życia z dawnych czasów. Dostępny będzie catering oraz atrakcje dla najmłodszych (park rozrywki). W przerwach między walkami usłyszymy zespół muzyki dawnej Scandicus.
Szczegółowy program imprezy:
11:30-11:45 Powitanie rycerzy w parku miejskim w Aleksandrowie Łódzkim, przekazanie Królowi kluczy do miasta przez Burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego11:45-13:00 Przemarsz orszaku na Grunwald
13:00-14:00 Przygotowania rycerzy do turnieju
13:15-13:30 Rys historyczny wsi Grunwald
14:00-18:00 Indywidualny turniej rycerski (turniej łuczniczy, pokaz konny, rzut toporem, indywidualne potyczki rycerskie)
18:00-19:00 Przygotowania rycerzy do bitwy
18:00-20:00 Zabawy plebejskie (przeciąganie liny, rzut włócznią, strzelanie z łuku)
20:00-21:00 Bitwa pod Grunwaldem
21:00-22:00 Ognisko
Galeria
komentarze
dodaj komentarzSzykuje się ciekawa impreza. Nasz udział w obchodach 600-lecia bitwy grunwaldzkiej. Dokładnie tak samo jednak nie będzie, i to nie z powodu miejsca inscenizacji. W 1410 r. walczyło po obu stronach około 30 tysięcy niemal wyłącznie konnego rycerstwa, a teraz...
Przyjedzie król Władysław Jagiełło?
a Jagiełło jest z Aleksandrowa Ł. pamiętam tego gościa z dzieciństwa-był kolarzem
powiem taką zapewne nie znaczącą ciekawostke koło gospodyń grunwaldu zostało olane przez BURMISTRZA a dlaczego bo nie wykupiło miejsca na tej imprezie do serwowania gastronomi za bagatela 15 tyś zł wykupił to miejsce natomiast chwiej z magnolii tak gruby łysy cwaniak a co za tym idzie w nasze gminie liczy sie tylko KASA kto ja ma jest wielki WSTYD BURMISTRZU KARIEROWICZU...
ja będę sprzedawał wodę ze studni zimną po 2 zł za szklanke jak pod prawdziwym grunwaldem i kiełbaski po 15 zł za sztuke zapraszam
DO MIESZKAŃCA GRUNWALDU. W kapitaliźmie liczy się tylko kasa. Zobacz o co sam się awanturujesz o możliwość zarobku. Ten kto ma kasę ma władzę = kapitalizm. Nie od dzisiaj wiadomo że kto posmaruje ten ma więc sie ucisz człowieczku. Takie jest życie.
kto wykupi koncesję ten sprzedaje-takie jest prawo.Koło gospodyń nie prowadzi działalności gospodarczej i nie płaci podatków. Do gościa który chce sprzedawać wodę po 2 zł ze studni-wskocz do studni i sam się napij. W XV wieku już było takie prawo że spragnionemu należy się woda za darmo
nie no, powinno byc tak ze kolo gospodyn rozstawia sie za darmo, a ktos ktos placi zusy, podatki itp. placi 15tys :) przeciez to jest wlasnie ta solidarnosc spoleczna. Cos jak z KRUSem, rolnik zapier... mercem ale placi 300zl / kwartal a zwyklemu Kowalskiemu od najnizszej krajowej odciagaja 600zl na miesiac, tak dla solidarnosci spolecznej.
Nie wiem dużo o kołach gosodyń, za to szczerze wierzę, że burmistrz bez wizji zarobku lub innej korzyści dla siebie nic nie zrobi. Mam też wrażenie, że koło gospodyń nie jest organizacją nastawioną na profit, więc pieniądze jakie zdobywa na takich eventach są przekazywane na cele społeczne - o jakich zusach i podatkach chcesz tu mówić? A suma taka jak wspomniane 15tys pewnie nie pojawia się w budżecie takiego koła nawet po całym roku działalności... wystarczy odrobina logiki, żeby to wydedukować... A ten twój rolnik w mercedesie to chyba z jakiejś taniej polskiej komedii, raczej nie żyjesz w realnym świecie. A kiedy ty kończysz swoje 8 godzin pracy, wychodzisz punktualnie o 4ej i masz wszystko w nosie, on dalej musi pracować, myśleć, ponosić straty bo wszystko to tylko tego właśnie rolnika odpowiedzialność, więc pracuje 7 dni w tyg 24h na dobę, nie ma corocznego urlopu, jest właścicielem, menadżerem i robotnikiem fizycznym wykonującym najgorsze prace za mało oszałamiające pieniądze po to, żebyś w efekcie finalnym znalazł/a swoje jedzenie na półce w sklepie
Mieszkańcu Grunwaldu a ile gmina zapłaciła Wam za wynajęcie łąk i nieużytków na sobotnią imprezę?Przecież za darmo tego nie zrobiliście.I nie 15tys tylko 1500zł.
Nie ma się o co kłócić. Stoisko koła gospodyń jest wystawione, co znaczy, że się dogadali. :)
widzisz czlowieku nic nie wiesz, nie racuje 8 godzin, prowadze wlasna dzialalnosc za ktora place prawie 900zl zusu za miesiac nie 300 na kwartal, musze rowniez martwic sie o wszystko sam. Po nazwisku nie bede walil kto jakimi furami jezdzi i oplaca krus, raczej chyba nie zyjesz na tym swiecie tylko w kosmosie. Jakies 20-30% rolnikow w Polsce stac byloby placic normalne skladki, tylko po co? lepiej zabrac innym w imie solidarnosci spolecznej i dolozyc do ich skladek.
a co do mojej wypowiedzi o kole gospodyn to tez widze ze inteligent z ciebie dobry. Jak ktos kto zaplaci za stoisko, zaplaci wlasnie te zusy i podatki, moze konkurowac cenami ze stoiskiem kola gospodyn ktore wedlug ciebie nie powinny zaplacic nic? masz jakis pomysl?
Impreza do kitu jak wszystko w naszym mieście.Tylko Burmistrz jak zwykle się wypromował!!!
impreza super, pierwszy raz w naszej gminie i mam nadzieję że nie ostatni! W końcu mamy gdzie organizować imprezy rycerskie, gratuluję organizatorom i mieszkańcom grunwaldu
ponad 200 rycerzy konnych i pieszych ????? :)))) dla tych co już widzieli obraz zwielokrotniony.
200 rycerzy sugerowało rozmach i poważne potraktowanie imprezy przez Bractwa. A w rzeczywistości ich było max 30. I nie było żadnej inscenizacji bitwy...
To jednak ćpają? Ciekawe co biorą? Też chciałbym być rycerzem i wielkim mieczem ....
No o marketing się gmina postarała , ale o Krzyżakach którzy walczyli z Polakami zapomnieli...Poza tym 200 rycerzy to ma urząd gminy , a nie inscenizacja ...Lipa okrutna i wstyd ! Może trzeba było rozdawać dopalacze zamiast kiełbasy ( której i tak nie starczyło dla zbyt wielu ) i naród by się cieszył.Słabo wydane moje pieniądze z podatków - organizacyjna bzdura wstyd mi jako Aleksandrowianinowi przed ludźmi którzy przyjechali.
To jednak miłościwie nam panujący spadł z konia? Ale LIPA! Zabrakło kiełbasy? Ale LIPA! Prochy były? Ogólnie LIPA? Lepiej iść w posły, ale kasa marna.Ogólnie LIPA! Wypijmy i pojarajmy, może nas cenzura nie wytnie.A jak wytnie to do zobaczenia na prochy.pl
Tekst przydługi, ale warto przeczytać: Ilu Krzyżaków zginęło pod Grunwaldem? Ani jeden. To nie jest żart, tak twierdzą mediewiści, fachowcy, którzy w końcu przyjrzeli się sławetnej bitwie, po tym, jak przez półtora stulecia zajmowali się nią propagandyści dwóch narodów, które - jeśli wierzyć siedemnastowiecznej przepowiedni Wacława Potockiego, mają marne szanse na to aby się (jak świat, światem itd.) ze sobą zbratać. Dość dokładnie wiadomo, gdzie zwolennicy Przenajświętszej Panienki wzięli się 15 lipca 1410 roku za łby z oddanymi sługami Jezusa Chrystusa. Było to na polach pomiędzy dwiema wsiami: Tannenbergiem (obecnie: Stębark) i Ludvigsdorf (dzisiaj: Ludwigowo). Tam też poległo 203 (według jednych źródeł) lub 209 (według źródeł innych) braci-rycerzy z czarnym krzyżem na białym płaszczu. Znani są od stuleci z imienia, nazwiska i herbu, w komturii w Maastrich znajduje się wmurowana tablica, każdy mógł i może sobie nadal przeczytać. Szkoda że wielcy mitotwórcy nie znaleźli czasu aby zawracać sobie głowę takimi nieistotnymi szczegółami. Jeszcze bardziej żal, że nie przeczytali dokładnie Długosza, ufając bardziej neofickiemu zapałowi sympatycznego skądinąd, spolszczonego Austriaka. Spróbujmy zaprowadzić trochę porządku do tego bałaganu. Przydługi wstęp. Początek XV stulecia. Spór pomiędzy Zakonem, który nigdy nie zwał się sam Krzyżackim (Ordo fratrum domus Sanctae Mariae Theutonicorum Ierosolimitanorum zawdzięczał swą nazwę ufundowanemu przez niemieckiego (z pochodzenia) cesarza szpitalowi w Jerozolimie), a (dopiero co) zjednoczonymi poprzez unię personalną państwami zwącymi się wówczas Koroną i Litwą (przy czym ta ostatnia obejmowała terytorialnie w 80% tereny Rusi przeróżnych odcieni i barw) nabrzmiewał sobie już od pewnego czasu. Obie strony nie miały łatwo. Po występie Filipa Pięknego, który na przykładzie Zakonu Templariuszy pokazał, rach-ciach, jak to się robi, Zakon Najświętszej Marii Panny miał podstawy do pewnej nerwowości i wybrał (jeszcze bardziej dynamiczną niż dotychczas) ekspansję terytorialną jako rodzaj ucieczki do przodu. Z braku pogan (Litwini i Żmudzini zdradzali poważne inklinacje do przyjęcia nowej wiary nie tylko na pergaminie) zakonni przywódcy wymyślili sprytną koncepcję tzw. prawdziwych chrześcijan. Było to rozwiązanie mądre, bo implikujące również istnienie chrześcijan nieprawdziwych. Wszelkie podobieństwa do lansowanej obecnie w pewnych środowiskach idei `prawdziwych Polaków są naturalnie przypadkowe. Prawdziwi chrześcijanie byli gotowi krzewić wiarę nawet w sytuacji ewidentnego braku prawdziwych pogan, a szukającym rycerskich wawrzynów Flandryjczykom, Burgundczykom, Frankom bądź Anglosasom było to ganc pomada. Ważne, aby były wawrzyny, a do tego była potrzebna krucjata, czyli rzeź niewiernych na rubieżach chrześcijaństwa. Zresztą papiestwo zakon wielokrotnie popierało, więc w czym rzecz? Gdy w 1409 roku zakon wezwał kwiat europejskiego rycerstwa do rozprawy z nieprawdziwymi chrześcijanami, chętni stawili się licznie, aczkolwiek nie tak licznie jakby mogli, gdyby chcieli. Czas krucjat jakby minął. Ziemię Dobrzyńską i Kujawy zajmować musieli (z braku ochotników) kosztowni, bo domagający się uczciwego żołdu najemnicy. Zresztą wycofani na czas zimy. Na przełomie 1409 i 1410 roku Władysław porozumiał się wreszcie w Brześciu z kuzynem Witoldem i sprawy potoczyły się bardziej wartko. Zanosiło się. Recepcja Uważny czytelnik, przekonany że interpretacja tego fragmentu naszej historii może być najwyżej przedmiotem polsko-niemieckich kontrowersji, może się poważnie zdziwić. Pierwsze zdziwienie dotyczy Litwinów, którzy zupełnie oficjalnie podają, że w zwycięskiej bitwie stoczonej pod Žalgirio przez dwóch Litwinów, Jogailę i Vytautasa brali również udział (między innymi) Polacy. Inne rewelacje w białoruskich podręcznikach, podkreślony zostaje wkład protoplasty białoruskiego rodu Gruszeckich. Holender dowiaduje się, że w Slag bij Tannenberg, polski król Wladislaus II odniósł zwycięstwo nad `strijdkrachten van de Duitse Orde en hun Boheemse en andere bondgenoten (siłami zbrojnymi niemieckiego zakonu, Czech i innych sojuszników). Rosyjski student wyczyta w swej książce, że pogromu teutońskiego zakonu dokonały połączone siły królestwa Polski i Wiekiego Księstwa Litwy i Rusi, a Czech rozpoczyna swą edukację od ważnej informacji, że `byla to bitva mezi řádem německých rytířů a polsko-litevskou koalicí, výrazně podpořenou českým vojevůdcem Janem Sokolem z Lamberka a Janem Žižkou z Trocnova, který zde, podle některých historiků, mohl přijít o oko. Aż strach pomyśleć co na ten temat można wyczytać w mołdawskich lub mongolskich podręcznikach. Skąd ten Grunwald? Przez pomyłkę. W liście pisanym bezpośrednio po bitwie do domu, król informuje małżonkę że odniósł zwycięstwo nieopodal wsi Grunenvelt, miał zapewne na myśli przysiółek o nazwie Grünenfelde, przy którym znajdował się obóz przeciwnika. Dwa pokolenia później, ze znanych tylko sobie powodów, Długosz wymienia w swych kronikach Grunewald i tak już w polskim dziejopisarstwie pozostało. Dla reszty świata była to bitwa pod Tannenbergiem, jednak heroiczne boje polskich wikipedystów sprawiły, że nawet w anglojęzycznej Wikipedii zwyciężył w 2007 roku Grunwald. Późno, ale zawsze. W zasadzie już tylko Niemcy i kilka innych nacji upiera się przy Tannenbergu, reszta przychyla się do Grunwaldu lub końskim targiem podaje rozmaite nazwy. Polak potrafi. Wioska Grünfelde uzyskała swą słuszną nazwę Grunwald na skutek administracyjnej decyzji dopiero w 1945 roku. Do tego momentu takiej miejscowości (poza polską literaturą) nie było. Zresztą przekręty geograficzne były po obu stronach. Gdy w sierpniu 1914 armia niemiecka dokonała na południe od Olsztyna przełomu rosyjskiego frontu, natychmiast - chociaż działania wojenne toczyły się na odcinku ponad 100 km - nazwano to znaczące osiągnięcie `Bitwą pod Tannenbergiem . W celu skutecznego `zmazania hańby przesunięto nawet słynny `kocioł Hindenburga o 30 kilometrów na zachód i postawiono na polu pod Tannenbergiem monument upamiętniający to zdarzenie. W 1945 roku pomnik został wysadzony w powietrze przez wycofujące się niemieckie oddziały. Najprawdopodobniej z obawy, że zwycięzcy zrobią z pomnikiem to, co hitlerowcy zrobili by w 1939 z grunwaldzkim płótnem Matejki, gdyby je znaleźli. Czy można by im się dziwić? Liczebność wojsk. Jest to zabawny aspekt. Do dzisiejszego dnia uczeni w piśmie nie mogą się jakoś sensownie porozumieć. Zaczęło się już krótko po bitwie, tzw. Kroniki Lubeckie donoszą o bitwie przeogromnej, w której wzięły udział 1.700.000 Polaków, 2.700.000 Litwinów i skromne inne posiłki innych nacji w liczbie jednego miliona chłopa. Nic dziwnego, że Zakon poniósł klęskę. Współczesny (wydarzeniom) burgundzki kronikarz Enguerrand de Monstrelet jest już o wiele skromniejszy podając liczbę 600.000 adwersarzy Zakonu Marii Panny. Fantazjujący na dworze Wacława II augustynin Ondřej z Řezna nie miał aż takich hamulców i liczbę tę podwoił (1.200.000 nas tam było). Długosz nie pozostawił żadnych szczegółowych danych, tak że ostatnie 200 lat były nieustającym festiwalem historyków którym raz wydawało się to, a kiedy indziej coś innego. Pierwszym, który zaczął liczyć zamiast szacować był Ludwik Kolankowski (30 tysięcy sił polsko-litwewskich), Henryk Łowmiański w swej (zatrzymanej przez cenzurę) `Polityce Jagiellonów zredukował siły polskie do 12.000, a ostatni z długiego pocztu polskich mediewistów, Andrzej Nadolski pogrzebał w źródłach, posłużył się metodami statystycznymi i poszedł jeszcze dalej. Najbardziej zaskakująca jest podana przezeń liczba rycerzy zakonnych: wzięło ich udział w zmaganiach 250, poległo 203 z czego jedynie 18 na polu bitwy, a reszta została wyrżnięta przez chłopstwo w trakcie zdobywania taborów. Ot, ilość ludzi, która zmieściła by się w trzech autobusach. Skład etniczny Pomysł, że pod Grunwaldem zmagali się głównie Polacy z Niemcami jest pomysłem nowym i raczej trudnym do obrony. Wszystko przemawia raczej za spotkaniem dwóch wieloetnicznych armii, potykających się w ramach wojny, której stawką była suwerenność i zdolność przeżycia dwóch zgoła odmiennych organizmów państwowych. Długosz pozostawił nader dokładny spis walczących po obu stronach chorągwi, łatwo (przy odrobinie chęci) dojść jakiego pochodzenia byli np. Sołtysi założonych na prawie niemieckim wsi będący podporą tzw. 13 koronnych chorągwi regionalnych. Ale też w czterech głównych chorągwiach tzw. dworskich było kolorowo i wesoło. W małopolskiej obok siebie ramię w ramię walczyli Zyndram z Maszkowic, Marcin z Wrocimowic i Zawisza Czarny. Kwiat polskiego rycerstwa. Tak, tak - ten sam Zyndram herbu słońce co u Sienkiewicza wołał `Gotuj się, gotuj!. Sienkiewicz zapomniał tylko napisać w jakim języku wołał - Sindram był małopolskim Niemcem, a jego ojciec przywędrował z Hesji. A taki chorąży koronny Marcin z Wrocimowic (ten co upuścił główną chorągiew z orłem białym) to dopiero był numer. Nasz Martin, chociaż utracił nadane jego (jak najbardziej niemieckiej) rodzinie Wrocimowice, nadal przywiązany był do tytułu. Król mu zresztą incydent z chorągwią potem wybaczył i nawet dał we władanie Dębowiec. Sprawę z chorągwią uratował Savischa der Schwarze von Grabow. Tak przynajmniej nazywa wiernego druha Jana Luksemburczyka niemiecka encyklopedia i można by to uznać za popłuczyny niemieckiej, szowinistycznej propagandy, gdyby informacja o niemieckim pochodzeniu rycerza nie pochodziła od Jana Długosza. Z drugiej strony, jak się pomyśli, że obok wielkiej chorągwi zakonu (tej, którą dowodził Frideric von Wallenrode), stali towarzysze broni z chorągwi księcia oleśnickiego Konrada Białego, a zaraz kawałek dalej chorągiew miasta Chełmna wystawiona przez rycerza Janusza Orzechowskiego, a dalej chorągiew Kazimierza V, księcia szczecińskiego (mogę dalej) to brr, dziwnie się robi. Nadolski może mieć niestety rację sugerując, że ilość zarówno Niemców jak i Polaków mogła być mniej więcej równa po obu stronach. Tyle że my, to również Litwini, Rusini, Tatarzy,i Mołdawianie, oni zaś, to kolorowa zbieranina zachodnioeuropejskich sprzymierzeńców. Czesi i Morawianie rozłożyli się (podobnież) równo po obu stronach. I choć Sienkiewicz twierdził (za Szejnochą i Długoszem), że oddziały Jogaiły ruszyły do boju z Bogurodzicą na ustach, zakonni sprzymierzeńcy twierdzili potem z uporem, że wszystko zagłuszało tatarskie Ałła! Ałła! I po wykupieniu z niewoli ponieśli w Europę wieść o strasznej porażce poniesionej w bitwie z Saracenami. Skąd się wzięło to co (obecnie) mamy? Ojcem mitologii grunwaldzkiej (po stronie polskiej historiografii) jest niewątpliwie Karol Szajnocha. Ciekawa to postać. W zasadzie był synem austryjackiego lekarza o nazwisku Wenzel Scheynoha-Vtelensky, ojciec jednak odkrył w sobie słowiańską krew, ożenił się z Polką a nawet nauczył trochę polskiego. Dzieci wychował na polskich patriotów, Karl Scheynoha wpierw zmienił nazwisko na Szejnocha, potem imię na Karol by w końcu, przez całe życie, bezskutecznie próbować zatrzeć ślady swego pochodzenia. Jako historyk pojmował swoją rolę jako patriotyczną misję i w tym duchu stworzył szereg pozycji fantastyczno-historycznych, na których następnie, przez resztę XIX wieku wychowywała się inteligencja zaboru austriackiego i rosyjskiego. To z jego czterotomowego dzieła pt. `Jadwiga i Jagiełło zaczerpnął (nie trudząc się dalej sprawdzaniem wiarygodności źródła) swe pomysły w swym komiksie Henryk Sienkiewicz. Wyszło mu to co wyszło, uroczy, czarno-biały literacki kicz krzepi serca aż po dzień dzisiejszy i nic nie można już na to poradzić. Krzyżacy są bez wyjątku podstępnymi psychopatami, paranoikami, sadystami i erotomanami, a po stronie polskiej występują niezliczone rzesze aniołów i cierpiętników. Ładny esej na ten temat napisał swego czasu Ludwik Stomma. Jan Matejko zilustrował komiks na dużej powierzchni, dostarczając wizualnego uzupełnienia literackiej wizji noblisty. Czego tam nie ma! Wszystko jest! Wielki Mistrz ginie z ręki wojownika odzianego w katowski kaptur (dobrze mu tak!), drugi osiłek godzi w Ulricha włócznią Bolesława Chrobrego. Większość przedstawionych rekwizytów jest z XVI wieku, a twarze zapożyczył nasz genialny rodak od krakowskich znajomych. Nad krajobrazem unosi się polski święty błogosławiąc hufcom polskim z obłoków i jest to najbardziej realistyczny element całości. W okresie międzywojennym historycy nieśmiało i dyskretnie próbowali wprowadzić do wizji realia - bezskutecznie. Imperatyw patriotyczno-wolnościowy był niemożliwy do zakwestionowania i wszelkie próby klasyfikowane były natychmiast jako zdrada narodowa. Wydawało się, że po 1945 roku coś się może zmienić, historia sprawiła nam jednak figla. Obsesja antyniemiecka Władysława Gomułki była tak silna, że całe zastępy cenzorów dbały o podtrzymanie w masowej wyobraźni obrazu zachodnioniemieckiego imperialisty, który obowiązkowo, obok hełmu wehrmachtu musiał mieć biały płaszcz z czarnym krzyżem. Uwypuklono rolę dzielnych pułków smoleńskich. W ten nurt wpisał się idealnie Aleksander Ford z jego niezapomnianym dziełem, w którym Wielki Mistrz ma wyraźny adolfowy obłęd w oku, a komturzy przed bitwą wrzeszczą mu zgodnym chórem `sieg heil! Po stronie zakonu występują rzesze odzianych w stal i czarno-białe insygnia niesympatycznych statystów. Jedyny naiwny Francuz zaś zostaje podstępnie zadźgany. Niesprawiedliwością byłoby jednak twierdzić, że mitomani i mitotwórcy byli jedynie po stronie polskiej. Stworzona przez Treitschkego nacjonalistyczna szkoła historyczna przekręciła historię w sposób równie twórczy przez wirówkę nonsensu, przynosząc niezliczone prace dotyczące (wyłącznie) niemieckiej misji cywilizacyjnej na wschodzie i niewdzięcznych, podstępnych podludzi, którzy sprzymierzywszy się z dziczą ze wschodu bezskutecznie próbowali zatrzymać bieg dziejów. Tak, że czasem trudno się się Sienkiewiczowi dziwić. Szczególnie, gdy się wspomni, co to były za czasy. State of the art. Ostanie 25 lat przyniosło szereg przystępnych prac polskich i niepolskich mediewistów, z których wynika większość tego co powyżej. Niekoniecznie trzeba sięgać do Turnbulla (Turnbull, S. R. Tannenberg 1410: Disaster for the Teutonic Knights ), można też znaleźć co nieco po polsku. Nie tylko nieżyjących już Kolankowskiego i Łowmiańskiego. Zaczął nieśmiało Stefan M. Kuczyński (Bitwa pod Grunwaldem, Wydawnictwo `Śląsk', Katowice 1985), potem dołączył Marian Biskup (Grunwaldzka bitwa, Wydawnictwo Interpress, W-wa 1991) a na koniec zabłysnął Andrzej Nadolski (Grunwald 1410, Dom Wydawniczy Bellona, W-wa 1999). Jest co czytać. Pozostanie przy wersji, że bitwę z niedobrym niemieckim krzyżakiem wygrał Zbyszko z Bogdańca ze stryjem, bo mu zależało na Jagience, jest obecnie kwestią wolnego wyboru. http://pytania.wordpress.com/2010/07/16/ku-pokrzepieniu-serc/
Mieszkam w pobliżu Grunwaldu i powiem szczerze, że plus dla mieszkańców, iż wyszli z inicjatywą zorganizowania czegokolwiek. To tej pory nic takiego nie miało miejsca. Niepotrzebne było składane obietnic na plakatach czy w artykułach o 200 rycerzach, rekonstrukcji bitwy, darmowej kiełbasie, itp. Wystarczyłoby, gdyby napisali,że nastąpi krótki pokaz walki rycerzy.Być może problem niewydarzonej imprezy tkwił też w organizacji. Liczę,że podobne imprezy będą miały miejsce w okolicy, a nie tylko na stadionie.
Ciekawy tekst o bitwie pod Grunwaldem i jagiełłowych czasach oraz o tym, jak przez wieki całe grano grunwaldzkim mitem. Dobrze się czyta, choć najnowsze i wiarygodne ustalenia historyków (W. Nadolskiego zwłaszcza), przeplatają się tu z mocno nieraz naciąganymi interpretacjami. A prawda? - jak zwykle kryje się gdzieś po środku. Można jeszcze dodać, że ci dwaj heroldowie "krzyżaccy" hardo ciskający pod nogi Jagiełły i Witolda dwa nagie miecze, wiecznie żywy symbol "buty germańskiej", postępowali zgodnie z ówczesnymi zwyczajami rycerskich bitew (forma wyzwania do bitwy powszechnie znana), a na płaszczach mieli godła swych panów - księcia Szczecina i śląskiej Oleśnicy (dlaczego w filmie z 1960 r. nikt tego nie objaśnił?). Parę drobnych poprawek do powyższego tekstu - nie Wacław II a IV panował w Czechach w XV wieku. Wielki mistrz Ulryk von Jungingen, dostojnicy Zakonu i większość braci polegli w starciu z polskim rycerstwem (a może też z powracającym na pole bitwy Litwinami), wcale nie z ręki wściekłych chłopów (jak dowodzili S.M. Kuczyński i A. Ford ku uciesze komunistycznej propagandy). Grunwald (czy Tannenberg, mniejsza o nazwę) to wielka bitwa kawaleryjska, starcie kilkudziesięciu tysięcy kawalerii stron obu, niemal bez udziału chłopskiej piechoty. Nasi rycerze, wbrew obowiązującym wśród rycerstwa europejskiego zwyczajom, w stosunku do Krzyżaków nie uznawali pardonu, nie brali jeńców, wybijali ich do nogi, na polu bitwy, przy zdobywaniu obozu, w pościgu za zbiegami. Taki mieli rozkaz? Możliwe, ale raczej mścili się za różne krzyżackie okrucieństwa sprzed roku na Kujawach, a nawet znane z opowiadań dziadków niszczące rejzy na Wielkopolskę z czasów Łokietka (wtedy Krzyżacy spalili np. Uniejów). Dopiero niedawno historycy wyśledzili w źródłach prawdopodobnego zabójcę wielkiego mistrza, który dostał za ten czyn od króla jakieś nadanie (Mszczuj ze Skrzynna). Nie chwalono się tym, nie wypadało, wszak brodacze nosili krzyż na płaszczach. Zawisza Czarny (i jego ród Sulimów) był 100% Polakiem, dokładnie Małopolaninem (tu Długosz się mylił, wnioskował na podstawie wyglądu herbu). Choć rzeczywiście ten wzór cnót wszelakich zdobył swą rycerską sławę głównie na dworze cesarza (rzymskiego narodu niemieckiego) - Zygmunta Luksemburskiego. To samo można powiedzieć o innych rycerzach broniących polskiej chorągwi. Nawet jeśli niektórzy z nich pochodzili z napływowego, niemieckiego lub czeskiego rycerstwa, wszyscy bez wyjątku uważali się za Polaków, czyli poddanych polskiego króla z litewskiej dynastii. Patriotyzm ówczesny był inny - mniej nacjonalistyczny, bardziej państwowy i lokalny. Jeszcze 100 lat później taki Mikołaj Kopernik z pewnością nie uważał się ani za Polaka, ani Niemca, tylko za obywatela Prus Królewskich i poddanego Jagiellonów. W domu mówił pewnie po niemiecku, a studiował na polskim uniwersytecie w Krakowie. Krzyżaków w pełnym tego słowa znaczeniu - braci zakonnych - tzw. panów pruskich padło pod Grunwaldem ponad 200, co stanowiło aż 80% ich stanu liczebnego. Niezbyt wielu, to fakt - ale pamiętajmy że mowa tu o absolutnej elicie krzyżackiej, straty w całej armii - wśród wójtów, sołtysów, mieszczan i chłopów - strzelców i halabardników - były znacznie większe, liczone pewnie w tysiącach. Piechotą i artylerią (mało skuteczną jeszcze wtedy) dysponowała zapewne strona krzyżacka, nie było ich po stronie polsko-litewskiej. Grunwald, mimo nie zdobycia Malborka, zmarnowania politycznych efektów zwycięstwa, był dla Krzyżaków ciosem ogromnym - swoje zrobiła zwłaszcza pogrunwaldzka polska propaganda, ograniczająca napływ do Prus gości rycerskich z zachodu i wrzenie wśród własnych poddanych, coraz częściej szukających wsparcia i wolności w Krakowie. Sołtysi polskich wsi lokowanych na prawie niemieckim, zobowiązani do służby w armii polskiej i stanowiący znaczną część jej składu liczebnego,może poza niektórymi regionami, byli już w XV wieku głównie polskiego pochodzenia, albo w znacznym stopniu spolszczeni. To samo dotyczy oddziałów zbrojnych wystawianych przez polskie miasta. Jakie miało to zresztą znaczenie, skoro pół wieku później młodszy syn Jagiełły - Kazimierz Jagiellończyk po 13-letnich, trudnych zmaganiach, pokonał, choć nie całkowicie, Zakon Krzyżacki i odzyskał dostęp do Bałtyku w znacznej mierze dzięki pomocy niemieckojęzycznych pruskich miast, z potężnym hanzeatyckim Gdańskiem (Danzig) i Toruniem (Thorn) na czele. Po stronie polskiej, po kompromitującej klęsce rycerskiego pospolitego ruszenia pod Chojnicami 18.09.1454, walczyły głównie drogie lecz sprawne oddziały zaciężne - najemnicy stanowiący wielonarodowy konglomerat, ze znacznym udziałem Niemców, Czechów i Ślązaków...
Jak nas historia poucza, my, Polacy często mieliśmy wątpliwą okazję walczyć po stronie przeciwników Polski. W czasie rozbiorów praktycznie innej możliwości nie było. I tylko szczęściu zawdzięczamy, że w 1918 roku nie mieliśmy w Polsce Maciarewicza, który utrąciłby ze stanowisk rządowych i wojskowych wszystkich Polaków, którzy kształcili się i pracowali u zaborców! Gdyby był Maciarewicz, nie byłoby II Rzeczpospolitej, pozostałoby wziąć przykład z ZSRR o wykształcić nową inteligencję!
No, właśnie. A poza tym rycerz stawał do boju z kopią, na którą składało się kilku zbrojnych (nawet do 10, gdy rycerz był bogaty): giermkowie, jacyś armigierzy, często kusznicy... Tak więc straty Zakonu były bardzo znaczące. A Sienkiewicz nie pisał kroniki bitwy, tylko "powieść ku pokrzepieniu serc", miał do tego prawo, podobnie jak i Matejko. Traktowanie ich prac jako źródła jest nieporozumieniem, dzisiejsze wyśmiewanie i wyszukiwanie błędów jest abstrahowaniem od potrzeb polskiego społeczeństwa w okresie zaborów. Gdyby wszystko było proste jak łabądek, to literaturoznawcy i historycy sztuki nie mieliby co robić.
a co do idei imprezy (piszę o idei, bo niestety nie mogłem zobaczyć) - to mam trochę mieszane uczucia. Fajnie, że coś się dzieje, ale myślę, że to nie to miejsce, nie ta legenda. No, chyba, że archeolodzy wykopią gdzieś w okolicach Aleksandrowa jakieś średniowieczne piwnice:)
wieś dostała nazwę od dziedzica ku uczczeniu 500-lecia sławnej bitwy, obchody jej kolejnych rocznic w tym miejscu są więc równie uzasadnione, jak np. pod pomnikiem grunwaldzkim w Krakowie
cytując : – Jestem zaskoczony liczbą widzów, którzy mimo okropnej pogody zdecydowali się przyjść na rekonstrukcję – powiedział Franciszek Jagielski, kasztelan zamku w Inowłodzu, szef grupy rekonstrukcyjnej. – Dla takiej publiczności i dla takiego klimatu warto było przyjechać tu po ciężkiej bitwie pod "prawdziwym" ze strony http://www.aleksandrow-lodzki.pl/aktualnosci.php?nID=2169 dziwie się jednemu, przecież autor tego cytatu nawet nie był wpuszczony na pola Grunwaldu, spał ze swoim obozem na parkingu samochodowym, może Pan Burmistrz miasta Aleksandrowa Łódzkiego organizując podobne imprezy skorzysta z usług bardziej kompetentnych odtwórców którzy potrafią ściągnąć większą ilość bract rycerskich a nie tylko reprezentantów IBR farmazona.
Ciekawski wydaje mi sie ze byl to pomysl miedszkancow, ktorych jest garstka... moze sam bys ruszyl swoj ... i cos zorganizowal fajnego dla mieszkancow? najlepiej ponazekac samemu nic nie robiac... nie bylem nie widzialem, ale takie inicjatywy to na palcach mozna policzyc, bo kazdy liczy tylko na kogos na gorze.. niedlugo niektorym panstwo bedzie musialo tylek obcierac.
605 571 887
609 153 033
Artur Sikora
redakcja@alemiasto.pl
0 605 571 887












